Jak wygląda mój codzienny makijaż, kiedy nie mam ochoty na zabawę z cieniami? Nic prostszego! Łapię liner i jestem gotowa do wyjścia:) Dziś przedstawię Wam jeden z moich ulubionych eyeliner'ów, mianowicie CATRICE 040 Sherlock & Khaki Holmes.
Najbardziej lubię w nim jego kolor. Odcień Khaki z dodatkiem złota pięknie prezentuje się zarówno w makijażu dziennym, jak i wieczorowym.
Liner jest dość łatwy w obsłudze, choć dla osób początkujących lub używających jak dotąd linerów płynnych, może okazać się małym wyzwaniem. Ten był moim pierwszym żelowym linerem, dlatego trochę czasu minęło zanim nauczyłam się nim dobrze posługiwać.
Jednakże, dla osób z wprawioną ręką nie będzie to żaden problem. Jestem tego pewna:)
Konsystencja jest kremowa i bardzo miękka. Pędzelek wręcz topi się we wnętrzu słoiczka. Bardzo łatwo jest nabrać produkt.
Kolejna kwestia to bardzo dobra trwałość tego produktu. Nałożony wcześnie rano, trzyma się do samego wieczora w stanie nienaruszonym:) Nie rozmazuje się (nawet bez bazy).
Szybko schnie, dlatego też nie odbija się na powiece.
Z demakijażem nie ma żadnych problemów. Wszystko szybko schodzi, co jest fantastyczne przy tak dobrej trwałości tego kosmetyku.
Podczas nakładania na powiekę nie tworzy smug i bardzo dobrze kryje.
Bardzo rzadko pojawiają się jakiekolwiek prześwity.
Najlepszy efekt uzyskujemy przy dwóch, cienkich warstwach.
Opakowanie: szklany, bardzo wytrzymały słoiczek (zaliczył kilka upadków i wyszedł z tego bez szwanku:)) o pojemności 4g.
Cena: ok. 16 zł.
Warto również zaznaczyć, iż używając tego produktu od ok. pół roku, nic nie stało się z jego konsystencją. Jest nadal taka jak na początku, idealna do użytku.
<= Czego użyłam do reszty makijażu?:
Całą powiekę pokryłam cielistym cieniem Inglot 353. W załamanie położyłam brązowo/fioletowy cień Inglot 462 o wykończeniu Double Sparkle.
W wewnętrzny kącik oraz pod łuk brwiowy naniosłam biały cień KOBO nr 101.
W wewn. część dolnej powieki położyłam pigment KOBO 505 sea shell.
Rzęsy pomalowałam tuszem Masterpiece Max, o którym pisałam TUTAJ.
Podsumowując, jest to produkt godny uwagi i polecenia. Nietypowy odcień, trwałość, konsystencja...same plusy:) W dodatku niska cena, jak na tak dobry kosmetyk:)
Jeszcze raz POLECAM:)
Magdalen...
środa, 17 października 2012
poniedziałek, 15 października 2012
Recenzja: Joanna Rzepa kuracja wzmacniająca
Dziś przedstawię Wam produkt namiętnie używany przeze mnie przez ostatnie 3 tygodnie. Każdego wieczoru dzielnie sięgałam po buteleczkę Joanny, wcierałam i masowałam skórę głowy. Z jakimi efektami? Zapraszam do lektury mojej recenzji:)
Cena i dostępność:
7,99 zł za 100 ml. Z dostępnością jest niestety bardzo kiepsko. Swoją upolowałam w drogerii Wispol. Z tego co wiem, to trzeba jej szukać w różnych małych, osiedlowych drogeriach.
Producent zaleca stosowanie wcierki min. 3 razy w tygodniu - przez dwa tygodnie. Po czym sugeruje zrobienie kilkudniowej przerwy. Nie do końca zastosowałam się do wskazań na opakowaniu. Stosowałam ją codziennie przez 3 tyg. Niestety, kurację musiałam przerwać. Dlaczego? Nie mogę siedzieć z założonymi rękoma i patrzeć jak włosy uciekają ode mnie garściami!
Ale od początku:
Powyższą kurację zaczęłam stosować po skończeniu toniku przeciw wypadaniu Receptury Babuszki Agafii, którego wysławiałam pod niebiosy TUTAJ. Jak wspominałam w tej recenzji, dzięki temu lotionowi moje włosy przestały wypadać, a miałam z tym naprawdę poważny problem. Byłam tak uszczęśliwiona, że wreszcie znalazłam coś, co tak mi pomogło. W fali entuzjazmu postanowiłam przetestować inne, jakże sławne w blogsferze wcierki. Padło m.in na kurację z Joanny.
Zaczęło się wcieranie i......z dnia na dzień było coraz gorzej, niestety. Z każdym myciem włosów wypadało coraz więcej i więcej. Moje gęste jak dotąd włosy, stawały się coraz rzadsze i cieńsze. Główną przyczyną mojego wypadania jest pora roku. Zawsze w tym czasie dotyka mnie coś takiego. Ponadto duża ilość stresu też ma w tym swój udział. Ta wcierka sobie z tym nie radzi. Nie zatrzymała u mnie wypadania, nie wzmocniła włosów. Muszę teraz czym prędzej powrócić do mojej kochanej Babuszki Agafii, mając nadzieję, że ona zatrzyma włosy na mojej głowie.
A teraz kilka pozytywów...:D
Zadziałała na moje baby hair. To mnie bardzo cieszy:) "Starszaki" znacznie podrosły, pojawiło się też wiele malutkich bejbików. Niestety nie zanotowałam szybszego porostu włosów na ich długości.

Pomimo alkoholu w składzie, którego się obawiałam, wcierka nie spowodowała u mnie podrażnień. Za to duży plus.
Nie wpłynęła również na szybsze przetłuszczanie się włosów. Nie obciążyła ich oraz nie posklejała. EDIT(14.11): Niestety, pod koniec kuracji wcierka wpłynęła na szybsze przetłuszczanie się włosów oraz znacznie je obciążała...
I to co pokochałam najbardziej. Myślę jednak, że nie tylko ja pałam do tego tak ogromną sympatią. A mowa tu o jakże wspaniałej i cudownej buteleczce, która tak bardzo ułatwia nam aplikację wcierki. Bez dwóch zdań, buteleczka ta jest absolutnym hitem, słyszałam też że wiele osób kupuje ten produkt nie tyle dla zawartości, co dla mega komfortowego opakowania, które można wykorzystać do innych, lepszych wcierek.
Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę jest bardzo dobra wydajność tego kosmetyku. Podczas 3 tygodniowego, codziennego stosowania, udało mi się zużyć nieco ponad połowę buteleczki. Wynik ten jest dla mnie bardzo imponujący, biorąc pod uwagę fakt, iż wcale jej nie oszczędzałam. Polewałam skórę głowy dość obficie.
Zapach: producent zapewnia nas o przyjemnym zapachu tego kosmetyku. Wspomina o specjalnej formule, która ma neutralizować intensywny zapach czarnej rzepy.
Wydaje mi się że, producenta troszkę poniosła fantazja. Zapach jest intensywny, dla niektórych może być nawet ciężki do zniesienia. Mnie on już nie przeszkadza, przyzwyczaiłam się. Utrzymuje się na włosach kilkanaście minut po aplikacji, potem na szczęście znika:)
Podsumowując, na pewno nie jest to produkt zły. Myślę, że powrócę do niego ale tylko wtedy, gdy nie będę mieć problemu z wypadającymi włosami. Na pewno nie będzie to w okresach przejściowych (jesień, wiosna). Jeżeli będę chciała "podhodować" moje baby hair, z pewnością sięgnę po tą buteleczkę. Teraz jednak powrócę do mojego bohatera, czyli do Babuszki Agafii i mam nadzieję, że wszystko wróci do normy.
Moja ostateczna ocena to: 3/6
Pozdrawiam,
Magdalen...
7,99 zł za 100 ml. Z dostępnością jest niestety bardzo kiepsko. Swoją upolowałam w drogerii Wispol. Z tego co wiem, to trzeba jej szukać w różnych małych, osiedlowych drogeriach.
Producent zaleca stosowanie wcierki min. 3 razy w tygodniu - przez dwa tygodnie. Po czym sugeruje zrobienie kilkudniowej przerwy. Nie do końca zastosowałam się do wskazań na opakowaniu. Stosowałam ją codziennie przez 3 tyg. Niestety, kurację musiałam przerwać. Dlaczego? Nie mogę siedzieć z założonymi rękoma i patrzeć jak włosy uciekają ode mnie garściami!
Ale od początku:
Powyższą kurację zaczęłam stosować po skończeniu toniku przeciw wypadaniu Receptury Babuszki Agafii, którego wysławiałam pod niebiosy TUTAJ. Jak wspominałam w tej recenzji, dzięki temu lotionowi moje włosy przestały wypadać, a miałam z tym naprawdę poważny problem. Byłam tak uszczęśliwiona, że wreszcie znalazłam coś, co tak mi pomogło. W fali entuzjazmu postanowiłam przetestować inne, jakże sławne w blogsferze wcierki. Padło m.in na kurację z Joanny.
Zaczęło się wcieranie i......z dnia na dzień było coraz gorzej, niestety. Z każdym myciem włosów wypadało coraz więcej i więcej. Moje gęste jak dotąd włosy, stawały się coraz rzadsze i cieńsze. Główną przyczyną mojego wypadania jest pora roku. Zawsze w tym czasie dotyka mnie coś takiego. Ponadto duża ilość stresu też ma w tym swój udział. Ta wcierka sobie z tym nie radzi. Nie zatrzymała u mnie wypadania, nie wzmocniła włosów. Muszę teraz czym prędzej powrócić do mojej kochanej Babuszki Agafii, mając nadzieję, że ona zatrzyma włosy na mojej głowie.
A teraz kilka pozytywów...:D
Zadziałała na moje baby hair. To mnie bardzo cieszy:) "Starszaki" znacznie podrosły, pojawiło się też wiele malutkich bejbików. Niestety nie zanotowałam szybszego porostu włosów na ich długości.
Pomimo alkoholu w składzie, którego się obawiałam, wcierka nie spowodowała u mnie podrażnień. Za to duży plus.
Nie wpłynęła również na szybsze przetłuszczanie się włosów. Nie obciążyła ich oraz nie posklejała. EDIT(14.11): Niestety, pod koniec kuracji wcierka wpłynęła na szybsze przetłuszczanie się włosów oraz znacznie je obciążała...
I to co pokochałam najbardziej. Myślę jednak, że nie tylko ja pałam do tego tak ogromną sympatią. A mowa tu o jakże wspaniałej i cudownej buteleczce, która tak bardzo ułatwia nam aplikację wcierki. Bez dwóch zdań, buteleczka ta jest absolutnym hitem, słyszałam też że wiele osób kupuje ten produkt nie tyle dla zawartości, co dla mega komfortowego opakowania, które można wykorzystać do innych, lepszych wcierek.
| Zdjęcie zostało zrobione przed rozpoczęciem kuracji, dlatego buteleczka jest pełna:) |
Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę jest bardzo dobra wydajność tego kosmetyku. Podczas 3 tygodniowego, codziennego stosowania, udało mi się zużyć nieco ponad połowę buteleczki. Wynik ten jest dla mnie bardzo imponujący, biorąc pod uwagę fakt, iż wcale jej nie oszczędzałam. Polewałam skórę głowy dość obficie.
Zapach: producent zapewnia nas o przyjemnym zapachu tego kosmetyku. Wspomina o specjalnej formule, która ma neutralizować intensywny zapach czarnej rzepy.
Wydaje mi się że, producenta troszkę poniosła fantazja. Zapach jest intensywny, dla niektórych może być nawet ciężki do zniesienia. Mnie on już nie przeszkadza, przyzwyczaiłam się. Utrzymuje się na włosach kilkanaście minut po aplikacji, potem na szczęście znika:)
Podsumowując, na pewno nie jest to produkt zły. Myślę, że powrócę do niego ale tylko wtedy, gdy nie będę mieć problemu z wypadającymi włosami. Na pewno nie będzie to w okresach przejściowych (jesień, wiosna). Jeżeli będę chciała "podhodować" moje baby hair, z pewnością sięgnę po tą buteleczkę. Teraz jednak powrócę do mojego bohatera, czyli do Babuszki Agafii i mam nadzieję, że wszystko wróci do normy.
Moja ostateczna ocena to: 3/6
Pozdrawiam,
Magdalen...
sobota, 13 października 2012
Rossmann'owskie łupy + paczka Setare
Chyba każdy już słyszał o gigantycznej promocji Rossmann'a na marki własne. Na wielu blogach pojawiały się już wpisy o tym, co komu udało się upolować. Dziś i ja dołączę to tego grona, pokazując Wam moje Rossmann'owskie zdobycze i nie tylko. Jakiś czas temu otrzymałam paczkę z Setare (tak, znowu:D). Nie mogłam się powstrzymać od zamówienia, gdyż dark_lady zorganizowała w swoim sklepie, jakże wspaniałą, darmową wysyłkę. Nie byłabym sobą, gdybym przepuściła taką okazję...:) A asortyment tego sklepu jest naprawdę fantastyczny, jest w czym wybierać. Hmm...jest jeszcze wiele rzeczy, które chciałabym wypróbować:) Może kiedyś...
Ale do rzeczy:)
Na pierwszy ogień zakupy z Rossmanna. Nie jest tego jakoś wybitnie dużo, ale jednak. Jest jeszcze kilka rzeczy na które mam ochotę, np. słynny krem do rąk Isana z 5% mocznikiem, który niestety był już wykupiony. Muszę iść do innego Rossmanna (szczęście że mam 3 w moim mieście) i może uda mi się go dorwać...:) Promocja trwa do 25.10.
Kupiłam:
* mydła w płynie Isana: przepięknie pachną, bardzo dobrze myje się nimi dłonie, czynność ta staję się baaardzo przyjemna. Kompletnie nie wysuszają skóry, wręcz ją nawilżają, piana jest obfita. Naprawdę godne polecenia i to za taką cenę? Cudo:) 2,99 za 500ml
* Żel do golenia Isana: jeszcze nie miałam okazji go testować. Miałam kiedyś piankę do golenia z Isany (pisałam o niej w sierpniowym projekcie denko KLIK) i byłam średnio zadowolona. Mam nadzieje, że ten żel okaże się być lepszy. 6,99 za 150ml
* Żel pod prysznic Isana melon i gruszka: Ohh.. ten zapach:) Naprawdę przyciąga nos. Idealny dla osób lubiących takie słodko-owocowe zapachy. Jeżeli chodzi o działanie, to bardzo mile mnie zaskoczył. Skóra jest bardzo mięciutka, nie wysuszona. Podczas mycia tworzy się obfita piana, co uwielbiam. Ogółem jestem bardzo zaskoczona:) Wydaje mi się, że będzie to mój ulubieniec:)
* Olejek Alterra Migdały i Papaja: moja druga buteleczka. Wyjątkowo polubiłam się z tym olejkiem. Bardzo dobrze działa na moje włosy, jak i na ciało. Ponadto niesamowicie podoba mi się jego zapach. Jest delikatny, co wyjątkowo cenię w czasie kiedy nakładam olej na noc. 9,99 zł za 100 ml
* Krem do mycia twarzy Alterra: bardzo go lubię. Recenzja TUTAJ 7,49 zł za 125 ml
* Pasta do zębów Colgate Max White: moja ulubiona pasta do zębów. Żadna tak dobrze nie wybiela jak ta. Promocja była naprawdę zachęcająca z 11,99 na 6,29!
Paczka z Setare:
Tutaj nie szalałam za bardzo. Mój portfel i tak już dużo ostatnio wycierpiał. Zamówiłam tylko "twarzowe" produkty.
Ostatnio moja skóra zaczęła się ostro buntować, dostałam wysypu pryszczy, cera zrobiła się bardziej tłusta niż była do tej pory. Nie wiem dokładnie czym to było spowodowane, winię za to przede wszystkim stres i pogodę. Tak więc produkty, które kupiłam przeznaczone są dla skóry tłustej i mieszanej.
* Serum regulujące Bajkal Herbals: testuję go dopiero od kilku dni, jeszcze nie mogę o nim nic powiedzieć. 20 zł za 30 ml
* Maseczka Night Detox Natura Siberica: ten produkt niesamowicie mnie zaciekawił. Nie ukrywam, że stwierdzenie Night Detox podziałało na moją wyobraźnię. Poużywamy-zobaczymy:) 18 zł za 75 ml
To by było koniec mojej zakupowej relacji:) Nic tylko testować te nowe wspaniałości...
Pozdrawiam,
Magdalen...
Ale do rzeczy:)
Na pierwszy ogień zakupy z Rossmanna. Nie jest tego jakoś wybitnie dużo, ale jednak. Jest jeszcze kilka rzeczy na które mam ochotę, np. słynny krem do rąk Isana z 5% mocznikiem, który niestety był już wykupiony. Muszę iść do innego Rossmanna (szczęście że mam 3 w moim mieście) i może uda mi się go dorwać...:) Promocja trwa do 25.10.
Kupiłam:
* mydła w płynie Isana: przepięknie pachną, bardzo dobrze myje się nimi dłonie, czynność ta staję się baaardzo przyjemna. Kompletnie nie wysuszają skóry, wręcz ją nawilżają, piana jest obfita. Naprawdę godne polecenia i to za taką cenę? Cudo:) 2,99 za 500ml
* Żel do golenia Isana: jeszcze nie miałam okazji go testować. Miałam kiedyś piankę do golenia z Isany (pisałam o niej w sierpniowym projekcie denko KLIK) i byłam średnio zadowolona. Mam nadzieje, że ten żel okaże się być lepszy. 6,99 za 150ml
* Żel pod prysznic Isana melon i gruszka: Ohh.. ten zapach:) Naprawdę przyciąga nos. Idealny dla osób lubiących takie słodko-owocowe zapachy. Jeżeli chodzi o działanie, to bardzo mile mnie zaskoczył. Skóra jest bardzo mięciutka, nie wysuszona. Podczas mycia tworzy się obfita piana, co uwielbiam. Ogółem jestem bardzo zaskoczona:) Wydaje mi się, że będzie to mój ulubieniec:)
* Olejek Alterra Migdały i Papaja: moja druga buteleczka. Wyjątkowo polubiłam się z tym olejkiem. Bardzo dobrze działa na moje włosy, jak i na ciało. Ponadto niesamowicie podoba mi się jego zapach. Jest delikatny, co wyjątkowo cenię w czasie kiedy nakładam olej na noc. 9,99 zł za 100 ml
* Krem do mycia twarzy Alterra: bardzo go lubię. Recenzja TUTAJ 7,49 zł za 125 ml
* Pasta do zębów Colgate Max White: moja ulubiona pasta do zębów. Żadna tak dobrze nie wybiela jak ta. Promocja była naprawdę zachęcająca z 11,99 na 6,29!
Paczka z Setare:
Tutaj nie szalałam za bardzo. Mój portfel i tak już dużo ostatnio wycierpiał. Zamówiłam tylko "twarzowe" produkty.
Ostatnio moja skóra zaczęła się ostro buntować, dostałam wysypu pryszczy, cera zrobiła się bardziej tłusta niż była do tej pory. Nie wiem dokładnie czym to było spowodowane, winię za to przede wszystkim stres i pogodę. Tak więc produkty, które kupiłam przeznaczone są dla skóry tłustej i mieszanej.
* Serum regulujące Bajkal Herbals: testuję go dopiero od kilku dni, jeszcze nie mogę o nim nic powiedzieć. 20 zł za 30 ml
* Maseczka Night Detox Natura Siberica: ten produkt niesamowicie mnie zaciekawił. Nie ukrywam, że stwierdzenie Night Detox podziałało na moją wyobraźnię. Poużywamy-zobaczymy:) 18 zł za 75 ml
To by było koniec mojej zakupowej relacji:) Nic tylko testować te nowe wspaniałości...
Pozdrawiam,
Magdalen...
środa, 10 października 2012
Everyday Minerals - moje róże i bronzery
Moja przygoda z minerałami rozpoczęła się już dość dawno. Kiedyś pisałam już o moim ulubionym podkładzie mineralnym do codziennego stosowania KLIK. Dziś natomiast napiszę parę słów o moich różach i bronzerach Everyday Minerals.
Nie mam niestety pełnowymiarowych opakowań, a próbki zamówione na all za grosze (ok. 3 zł). Pomyślałam, że zamówię kilka, szybko zużyję, wybiorę te, które najbardziej przypadną mi do gustu i wtedy kupię pełnowymiarowe słoiczki. I tu się myliłam, myśląc że pójdzie mi szybko z ich zużyciem:) Róży tych używam od ponad pół roku, a w woreczkach jeszcze dna nie widać:) Tak więc, kosmetyki te są niesamowicie wydajne. Dzięki temu, że są naprawdę mocno napigmentowane, potrzeba niewiele aby uzyskać odpowiedni odcień na twarzy. Co więcej, minerały te pozwalają wspaniale stopniować ten efekt. Od lekkiego, subtelnego muśnięcia, po niemal teatralny efekt.
Za co jeszcze je lubię? Za to, że pięknie stapiają się ze skórą, dając bardzo naturalny wygląd. Ponadto bez problemu utrzymują się na policzkach cały dzień, wyglądając przy tym świeżo i estetycznie.
Nie mam swojego ulubionego koloru. Wszystkie wyjątkowo mi się podobają i szczerze mówiąc nie wiem który kupię jako pierwszy w pełnowymiarowym opakowaniu....:) Jedynie będę poszukiwać innego odcienia bronzera. Odcień Everyday Bronzer jest zdecydowanie za ciemny do mojej jasnej karnacji. Przez to łatwo zrobić sobie nim plamy, trzeba mieć wprawną rękę. Soft Bronzer jest już lepszy, jednak odrobinę za jasny. Aby efekt był widoczny trzeba nałożyć go dość dużo. Będę próbować znaleźć coś pomiędzy, wtedy na pewno będę w pełni zadowolona.
Podsumowując, bardzo polecam Wam wypróbowanie róży/bronzerów EM. Ja pokochałam je od pierwszego użycia i jestem pewna, że na długo ze mną pozostaną:)
A Wy używacie minerałów?
Pozdrawiam,
Magdalen...
Nie mam niestety pełnowymiarowych opakowań, a próbki zamówione na all za grosze (ok. 3 zł). Pomyślałam, że zamówię kilka, szybko zużyję, wybiorę te, które najbardziej przypadną mi do gustu i wtedy kupię pełnowymiarowe słoiczki. I tu się myliłam, myśląc że pójdzie mi szybko z ich zużyciem:) Róży tych używam od ponad pół roku, a w woreczkach jeszcze dna nie widać:) Tak więc, kosmetyki te są niesamowicie wydajne. Dzięki temu, że są naprawdę mocno napigmentowane, potrzeba niewiele aby uzyskać odpowiedni odcień na twarzy. Co więcej, minerały te pozwalają wspaniale stopniować ten efekt. Od lekkiego, subtelnego muśnięcia, po niemal teatralny efekt.
Za co jeszcze je lubię? Za to, że pięknie stapiają się ze skórą, dając bardzo naturalny wygląd. Ponadto bez problemu utrzymują się na policzkach cały dzień, wyglądając przy tym świeżo i estetycznie.
Nie mam swojego ulubionego koloru. Wszystkie wyjątkowo mi się podobają i szczerze mówiąc nie wiem który kupię jako pierwszy w pełnowymiarowym opakowaniu....:) Jedynie będę poszukiwać innego odcienia bronzera. Odcień Everyday Bronzer jest zdecydowanie za ciemny do mojej jasnej karnacji. Przez to łatwo zrobić sobie nim plamy, trzeba mieć wprawną rękę. Soft Bronzer jest już lepszy, jednak odrobinę za jasny. Aby efekt był widoczny trzeba nałożyć go dość dużo. Będę próbować znaleźć coś pomiędzy, wtedy na pewno będę w pełni zadowolona.
Podsumowując, bardzo polecam Wam wypróbowanie róży/bronzerów EM. Ja pokochałam je od pierwszego użycia i jestem pewna, że na długo ze mną pozostaną:)
A Wy używacie minerałów?
Pozdrawiam,
Magdalen...
poniedziałek, 8 października 2012
Recenzja: Tusz do rzęs Max Factor - Masterpiece Max
Dzisiaj chciałabym poopowiadać Wam troszkę o jednym z moim tuszowych ulubieńców ostatniego czasu, czyli tuszu Masterpiece Max od Max Factor. Długo zwlekałam z jego kupnem, wahałam się, szukałam czegoś tańszego. W końcu jednak podjęłam decyzję o jego zakupie, zachęcona wieloma pochlebnymi opiniami na jego temat. I nie żałuję...:)
Tusz zamówiłam na All, gdyż w Rossmannie jest dość drogi. Kosztuje ok. 50 zł. Za mój egzemplarz zapłaciłam ok. 33 zł z przesyłką, więc znacznie bardziej opłaca się kupować ten tusz wirtualnie.
Wybrałam kolor czarny (choć nie wiem czy są w ofercie inne kolory?).
Czerń jest intensywna, pięknie wygląda na rzęsach. Z koloru jestem bardzo zadowolona:)
Warto również wskazać na fakt, że tusz ten od pierwszego otwarcia miał idealną gęstość. Nie musiałam czekać (tak jak w innych przypadkach), aby konsystencja się trochę "wyrobiła" i nadawała się do użytku. Tusz był dokładnie opakowany, więc mam pewność, że nikt wcześniej do niego nie zaglądał:)
Jeżeli chodzi o zapach to jest on dość intensywny, jednak nie drażniący. Można się do niego przyzwyczaić i potem nawet go nie wyczuwamy:) Zresztą, czy istnieje tusz który ładnie pachnie? Osobiście jeszcze takiego nie spotkałam:)

Trwałość: tutaj bardzo miłe zaskoczenie. Tusz nie osypuje się i nie kruszy. Mimo, że noszę makijaż wiele godzin dziennie, spojrzenie cały czas wygląda świeżo. Dla mnie ta kwestia jest najważniejsza przy wyborze tuszu. Ten w zupełności spełnia moje oczekiwania:)
Co więcej, nie rozmazuje się i nie odbija na dolnej powiece.
Zasycha na rzęsach dość szybko.
Kolejną zaletą tego tuszu jest łatwość demakijażu. Choć jest bardzo trwały, nie ma problemu z jego usuwaniem. U mnie najlepiej sprawdzają się w tym celu dwufazówki z Bielendy.

Szczoteczka: silikonowa, bardzo zgrabna, o idealnej wielkości, z równo rozstawionymi, miękkimi włoskami. Jest naprawdę wygodna w użytkowaniu.
Nabiera się na nią odpowiednia ilość tuszu.
Tusz ten przede wszystkim przepięknie rozdziela i przeczesuje rzęsy. Nie ma mowy o nieestetycznie upaćkanych i posklejanych "pajęczych łapkach".
Dobrze wydłuża i ładnie podkręca.
Rzęsy są również ładnie pogrubione.
Nie tworzy grudek. Tusz jest równomiernie rozprowadzany na całej długości rzęs. Nie skleja.
Tusz ten pozwala również na stopniowanie efektu. Mi na co dzień wystarczają dwie cienkie warstwy.
<= Moje rzęsy nie są niestety spektakularnie długie i gęste:( Jednak tusz ten i tak działa na nich dużo, w czasie kiedy inne nie robiły z nimi zupełnie nic.
Podsumowując, na dzień dzisiejszy Masterpiece Max stał się moim tuszowym ulubieńcem. Myślę, że zawsze będę do niego wracać, choć nie ukrywam, że na pewno będę testowała jeszcze inne tusze do rzęs:) Być może, uda mi się znaleźć jeszcze coś lepszego:)
Tusz zamówiłam na All, gdyż w Rossmannie jest dość drogi. Kosztuje ok. 50 zł. Za mój egzemplarz zapłaciłam ok. 33 zł z przesyłką, więc znacznie bardziej opłaca się kupować ten tusz wirtualnie.
Wybrałam kolor czarny (choć nie wiem czy są w ofercie inne kolory?).
Czerń jest intensywna, pięknie wygląda na rzęsach. Z koloru jestem bardzo zadowolona:)
Warto również wskazać na fakt, że tusz ten od pierwszego otwarcia miał idealną gęstość. Nie musiałam czekać (tak jak w innych przypadkach), aby konsystencja się trochę "wyrobiła" i nadawała się do użytku. Tusz był dokładnie opakowany, więc mam pewność, że nikt wcześniej do niego nie zaglądał:)
Jeżeli chodzi o zapach to jest on dość intensywny, jednak nie drażniący. Można się do niego przyzwyczaić i potem nawet go nie wyczuwamy:) Zresztą, czy istnieje tusz który ładnie pachnie? Osobiście jeszcze takiego nie spotkałam:)

Trwałość: tutaj bardzo miłe zaskoczenie. Tusz nie osypuje się i nie kruszy. Mimo, że noszę makijaż wiele godzin dziennie, spojrzenie cały czas wygląda świeżo. Dla mnie ta kwestia jest najważniejsza przy wyborze tuszu. Ten w zupełności spełnia moje oczekiwania:)
Co więcej, nie rozmazuje się i nie odbija na dolnej powiece.
Zasycha na rzęsach dość szybko.
Kolejną zaletą tego tuszu jest łatwość demakijażu. Choć jest bardzo trwały, nie ma problemu z jego usuwaniem. U mnie najlepiej sprawdzają się w tym celu dwufazówki z Bielendy.
Szczoteczka: silikonowa, bardzo zgrabna, o idealnej wielkości, z równo rozstawionymi, miękkimi włoskami. Jest naprawdę wygodna w użytkowaniu.
Nabiera się na nią odpowiednia ilość tuszu.
Tusz ten przede wszystkim przepięknie rozdziela i przeczesuje rzęsy. Nie ma mowy o nieestetycznie upaćkanych i posklejanych "pajęczych łapkach".
Dobrze wydłuża i ładnie podkręca.
Rzęsy są również ładnie pogrubione.
Nie tworzy grudek. Tusz jest równomiernie rozprowadzany na całej długości rzęs. Nie skleja.
Tusz ten pozwala również na stopniowanie efektu. Mi na co dzień wystarczają dwie cienkie warstwy.
<= Moje rzęsy nie są niestety spektakularnie długie i gęste:( Jednak tusz ten i tak działa na nich dużo, w czasie kiedy inne nie robiły z nimi zupełnie nic.
Podsumowując, na dzień dzisiejszy Masterpiece Max stał się moim tuszowym ulubieńcem. Myślę, że zawsze będę do niego wracać, choć nie ukrywam, że na pewno będę testowała jeszcze inne tusze do rzęs:) Być może, uda mi się znaleźć jeszcze coś lepszego:)
piątek, 5 października 2012
Recenzja: Natura Siberica Balsam do włosów osłabionych "Ochrona i Energia"
Pora na kolejną recenzję jednego z rosyjskich kosmetyków, mianowicie balsamu do włosów Natura Siberica "Ochrona i Energia". Produkt ten był przeze mnie intensywnie testowany przez ostatni miesiąc. Myślę więc, że udało mi się już wyrobić pewną opinię na jego temat, którą chcę się z Wami podzielić...:)
Co mówi producent?
Balsam do włosów osłabionych i zniszczonych na bazie ekstraktu z Różeńca Górskiego i Cytryńca działa odżywczo i ochronnie. Rożeniec Górski zawiera kompleks cennych antyoksydantów, które wzmacniają ochronę włosów, regenerują i odmładzają komórki, odbudowują zniszczone i łamliwe włosy. Cytryniec chiński dzięki zawartości tzw. witamin piękna wypełnia włosy energią, a także tonizuje zmęczone i osłabione włosy, nadając im zdrowy wygląd, blask i witalną siłę.
Cena i dostępność:
http://kalina-sklep.pl/ cena: 19.90 zł klik
Pojemność: 400 ml
Skład:
Aqua with infusions of: Rhodiola Rosea Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae Rhamnoides Fruit Extract, Acorus Calamus Root Extract, Chamomilla Recutita Extract, Behentrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, GuarHydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Wheat Protein, Oils: Triticum Vulgare Germ, Rosa Canina Fruit, Artemisia Arctica, Mentha Arvensis, Tocopherol, Ascorbic Asid, Biotin, Citric Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.
Jak widać balsam ten ma świetny skład: same ekstrakty, olejki. Jednym słowem: piątka za skład:)
Konsystencja: określiłabym ją jako rzadką, jednak nie problematyczną. Jest lekka i szybko "wpijana" przez włosy, za czym niestety nie przepadam...
Wydajność: nie jest tak dobra jak sobie wyobrażałam. Widząc tak wielką butlę, pomyślałam: "kiedy ja to zużyję?" Szybko okazało się jednak, że nie będzie to takie trudne. W związku z tym, że włosy wchłaniają ten balsam w mgnieniu oka, nakładam go na włosy duże ilości i ciągle mam wrażenie, że jest go jeszcze za mało. To niestety negatywnie odbija się na jego wydajności. Jednak jest to duża 400 ml butla, także wydajność określam jako przyzwoitą:)
Moja opinia:
I to co najważniejsze, jak się u mnie sprawdził? Muszę przyznać, że polubiłam się z tym balsamem, choć mam mu jedną rzecz do zarzucenia. Ale o tym za chwilę...
Po pierwsze, balsam bardzo dobrze nawilża włosy, sprawia że są miękkie i sypkie.
Jest lekki, nie ma tu mowy o obciążeniu czy oklapnięciu. Wręcz przeciwnie włosy są puszyste, mają dużą objętość. Zdecydowanie będzie dobry jako balsam do częstego stosowania. Co więcej produkt ten dodaje włosom blasku. Po jego użyciu pięknie lśnią oraz są dobrze odżywione. Mam odczucie, że dałam im coś dobrego:) Kolejnym atutem, który dostrzegłam jest jego zapach. Naprawdę bardzo przyjemny, ciekawy, nieprzeciętny, utrzymujący się na włosach kilka godzin po myciu. Czasami lekko wyczuwalny na drugi dzień.
Jest jednak coś co nie do końca mi odpowiada. Już kiedyś wspominałam, że moje włosy mają tendencję do nadmiernego puszenia się. Dlatego w odżywkach czy maskach poszukuję czegoś co wygładzi moje włosy. Niestety ten balsam nie wygładza włosów. Na drugi dzień po użyciu nie jest jeszcze tak źle, ale na trzeci czy czwarty mam straszny puch na głowie. Jak wyżej wspomniałam dodaje objętości, co w moim przypadku nie zawsze się sprawdza. Moje włosy nie są dobrze dociążone. Myślę jednak, że osoby z niską porowatością lub z nie puszącymi się włosami, nie będą mieć takiego problemu, wręcz będą cieszyć się z dużej objętości:)
Opakowanie jest bardzo wygodne. Aplikator jest taki jak lubię - wylewamy na dłoń dokładnie tyle ile chcemy. Sama buteleczka jest urzekająca i ciesząca oko. Strasznie podoba mi się wygląd wszystkich kosmetyków Natura Siberica.
Cena jest również niewątpliwym plusem tego kosmetyku. Wielka butla i tylko 20 zł...zachęcająco:)
Podsumowując, polecam ten produkt, jest naprawdę wart uwagi, szczególnie dla dziewczyn z niskoporowatymi lub skłonnymi do obciążania włosami. Ja ostatecznie wystawiam mu pozytywną opinię, choć nie wiem czy wrócę kiedyś do tego konkretnego rodzaju. Na pewno wypróbuje jeszcze inne z tej serii, a jest w czym wybierać...:)
Pozdrawiam,
Magdalen...
Co mówi producent?
Balsam do włosów osłabionych i zniszczonych na bazie ekstraktu z Różeńca Górskiego i Cytryńca działa odżywczo i ochronnie. Rożeniec Górski zawiera kompleks cennych antyoksydantów, które wzmacniają ochronę włosów, regenerują i odmładzają komórki, odbudowują zniszczone i łamliwe włosy. Cytryniec chiński dzięki zawartości tzw. witamin piękna wypełnia włosy energią, a także tonizuje zmęczone i osłabione włosy, nadając im zdrowy wygląd, blask i witalną siłę.
Cena i dostępność:
http://kalina-sklep.pl/ cena: 19.90 zł klik
Pojemność: 400 ml
Skład:
Aqua with infusions of: Rhodiola Rosea Extract, Schizandra Chinensis Extract, Hippophae Rhamnoides Fruit Extract, Acorus Calamus Root Extract, Chamomilla Recutita Extract, Behentrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, GuarHydroxypropyltrimonium Chloride, Hydrolyzed Wheat Protein, Oils: Triticum Vulgare Germ, Rosa Canina Fruit, Artemisia Arctica, Mentha Arvensis, Tocopherol, Ascorbic Asid, Biotin, Citric Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.
Jak widać balsam ten ma świetny skład: same ekstrakty, olejki. Jednym słowem: piątka za skład:)
Konsystencja: określiłabym ją jako rzadką, jednak nie problematyczną. Jest lekka i szybko "wpijana" przez włosy, za czym niestety nie przepadam...
Wydajność: nie jest tak dobra jak sobie wyobrażałam. Widząc tak wielką butlę, pomyślałam: "kiedy ja to zużyję?" Szybko okazało się jednak, że nie będzie to takie trudne. W związku z tym, że włosy wchłaniają ten balsam w mgnieniu oka, nakładam go na włosy duże ilości i ciągle mam wrażenie, że jest go jeszcze za mało. To niestety negatywnie odbija się na jego wydajności. Jednak jest to duża 400 ml butla, także wydajność określam jako przyzwoitą:)
Moja opinia:
I to co najważniejsze, jak się u mnie sprawdził? Muszę przyznać, że polubiłam się z tym balsamem, choć mam mu jedną rzecz do zarzucenia. Ale o tym za chwilę...
Po pierwsze, balsam bardzo dobrze nawilża włosy, sprawia że są miękkie i sypkie.
Jest lekki, nie ma tu mowy o obciążeniu czy oklapnięciu. Wręcz przeciwnie włosy są puszyste, mają dużą objętość. Zdecydowanie będzie dobry jako balsam do częstego stosowania. Co więcej produkt ten dodaje włosom blasku. Po jego użyciu pięknie lśnią oraz są dobrze odżywione. Mam odczucie, że dałam im coś dobrego:) Kolejnym atutem, który dostrzegłam jest jego zapach. Naprawdę bardzo przyjemny, ciekawy, nieprzeciętny, utrzymujący się na włosach kilka godzin po myciu. Czasami lekko wyczuwalny na drugi dzień.
Jest jednak coś co nie do końca mi odpowiada. Już kiedyś wspominałam, że moje włosy mają tendencję do nadmiernego puszenia się. Dlatego w odżywkach czy maskach poszukuję czegoś co wygładzi moje włosy. Niestety ten balsam nie wygładza włosów. Na drugi dzień po użyciu nie jest jeszcze tak źle, ale na trzeci czy czwarty mam straszny puch na głowie. Jak wyżej wspomniałam dodaje objętości, co w moim przypadku nie zawsze się sprawdza. Moje włosy nie są dobrze dociążone. Myślę jednak, że osoby z niską porowatością lub z nie puszącymi się włosami, nie będą mieć takiego problemu, wręcz będą cieszyć się z dużej objętości:)
Opakowanie jest bardzo wygodne. Aplikator jest taki jak lubię - wylewamy na dłoń dokładnie tyle ile chcemy. Sama buteleczka jest urzekająca i ciesząca oko. Strasznie podoba mi się wygląd wszystkich kosmetyków Natura Siberica.
Cena jest również niewątpliwym plusem tego kosmetyku. Wielka butla i tylko 20 zł...zachęcająco:)
Podsumowując, polecam ten produkt, jest naprawdę wart uwagi, szczególnie dla dziewczyn z niskoporowatymi lub skłonnymi do obciążania włosami. Ja ostatecznie wystawiam mu pozytywną opinię, choć nie wiem czy wrócę kiedyś do tego konkretnego rodzaju. Na pewno wypróbuje jeszcze inne z tej serii, a jest w czym wybierać...:)
Pozdrawiam,
Magdalen...
czwartek, 4 października 2012
Ulubione perfumy na jesień i zimę
Uwielbiam perfumy:) Nigdy nie wychodzę z domu bez "psiknięcia" się jakimś zapachem. Ja po prostu lubię pachnieć:) W drogeriach lub perfumeriach spędzam zawsze dużo czasu przy półce z cudownymi flakonikami perfum.
W kategorii zapachów na chłodniejsze dni zdecydowanie moim faworytem jest zapach Beyonce Heat
Zapach niezwykle intrygujący, zmysłowy, kobiecy, dostarczający niezapomnianych wrażeń i doznań. Bogata nuta zapachowa oferuje nam rzadkie kwiaty. Perfumy Beyonce przepełnione są czerwienią, zmysłowością i gorączką.


Nuty zapachowe:
* nuta głowy: olejek neroli, brzoskwinia, karaibska magnolia, orchidea
* nuta serca: wiciokrzew, piżmo, migdały
* nuta bazy: ambra, tonka, sekwoja
Powiem krótko: kocham ten zapach!
Mój flakonik zakupiłam na allegro jako tester. Koszt takiego 100 ml testera to ok. 90 zł, więc naprawdę się opłaca. Tyle tylko, że takie egzemplarze nie posiadają korka, jednak nie świadczy to o jakości produktu.
Zapach ten idealny jest na chłodniejsze jesienne i zimowe dni. Jest bardzo słodki, ciepły i otulający, natomiast nie duszący. Wyczuwam tutaj uwodzicielską głębię.
Bardzo kobiecy i zmysłowy.
Po prostu mój numer jeden:)
W lecie sięgam po coś lżejszego, choć ten też często mi towarzyszy, nie na co dzień, ale na letnie wieczory jak najbardziej.
Jak dla mnie jest wystarczająco trwały, praktycznie przez cały dzień chodzi za mną i skutecznie poprawia mi humor w szare jesienne dni.
I jeszcze ten uroczy flakonik, który codziennie cieszy moje oko...
Podsumowując, serdecznie polecam Heat osobom, które gustują w ciężkich, słodkich zapachach. Jak wspomniałam, póki co jest to mój ulubieniec z którym przez ostatnie dni zupełnie się nie rozstaję:)
A Wy macie jakiegoś zapachowego ulubieńca na nadchodzący sezon?
Pozdrawiam,
Magdalen...
W kategorii zapachów na chłodniejsze dni zdecydowanie moim faworytem jest zapach Beyonce Heat
Zapach niezwykle intrygujący, zmysłowy, kobiecy, dostarczający niezapomnianych wrażeń i doznań. Bogata nuta zapachowa oferuje nam rzadkie kwiaty. Perfumy Beyonce przepełnione są czerwienią, zmysłowością i gorączką.
Nuty zapachowe:
* nuta głowy: olejek neroli, brzoskwinia, karaibska magnolia, orchidea
* nuta serca: wiciokrzew, piżmo, migdały
* nuta bazy: ambra, tonka, sekwoja
Powiem krótko: kocham ten zapach!
Mój flakonik zakupiłam na allegro jako tester. Koszt takiego 100 ml testera to ok. 90 zł, więc naprawdę się opłaca. Tyle tylko, że takie egzemplarze nie posiadają korka, jednak nie świadczy to o jakości produktu.
Zapach ten idealny jest na chłodniejsze jesienne i zimowe dni. Jest bardzo słodki, ciepły i otulający, natomiast nie duszący. Wyczuwam tutaj uwodzicielską głębię.
Bardzo kobiecy i zmysłowy.
Po prostu mój numer jeden:)
W lecie sięgam po coś lżejszego, choć ten też często mi towarzyszy, nie na co dzień, ale na letnie wieczory jak najbardziej.
Jak dla mnie jest wystarczająco trwały, praktycznie przez cały dzień chodzi za mną i skutecznie poprawia mi humor w szare jesienne dni.
I jeszcze ten uroczy flakonik, który codziennie cieszy moje oko...
Podsumowując, serdecznie polecam Heat osobom, które gustują w ciężkich, słodkich zapachach. Jak wspomniałam, póki co jest to mój ulubieniec z którym przez ostatnie dni zupełnie się nie rozstaję:)
A Wy macie jakiegoś zapachowego ulubieńca na nadchodzący sezon?
Pozdrawiam,
Magdalen...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




